Powoli przenoszę się na większy format, jako, że takiej możliwości tutaj nie ma.
kliknać poniżej proszę;]
pauuluus
sobota, 6 lutego 2010
sobota, 30 stycznia 2010
Nowy dzień nad Munnarem
piątek, 29 stycznia 2010
Tetley world
Drugą część naszej podróży przeznaczyliśmy na zrywanie najmłodszych listków, z samych czubków krzaków... ;] Plantacje herbaty w Munnarze to magiczne miejsce.
Podróż rządowym autobusem, który zamiast klimatyzacji nie ma drzwi ani okien, po krętych zboczach, aż na wysokość 2600 m n.p.m nie należała do najspokojniejszych;] Kierowca wydawał się wyraźnie gdzieś spieszyć, podczas gdy my staraliśmy się nie patrzeć na drogę ( a raczej jej brak). Oszukując samych siebie, że kurczowe trzymanie się rurek cokolwiek zmieni, gdybyśmy spadli ze skarpy, pokonaliśmy 110 km w jedyne 5 godzin;]
Wszystko by zobaczyć wzgórza porośnięte jaskrawo zielonymi krzakami herbaty.
Podobno kiedy dotarli tutaj Anglicy byli tak zachwyceni krajobrazami, że porównali okolice Munnaru do Szkocji... Zawsze lubili sobie pochlebiać ;]
To znacznie więcej! Każdy kolejny zakręt przynosi zapierające dech w piersiach widoki. Będąc tam, człowiek po prostu uśmiecha się do samego siebie ( jako, że ser nie jest zbyt popularny w Indiach).
Godziny i kilometry przemierzone na motorach tylko rozbudziły nasze apetyty na więcej;]
Motorach... Jarek na motorze, ja na piździku szos... Ponieważ nigdy w życiu nie jeździłam takim sprzętem, zgodnie stwierdziliśmy, że automatyczna skrzynia biegów to najlepsze rowiązanie. Choć nawet przy tej opcji, Jarek pełen wiary w moje możliwości, obstawiał mą rychłą śmierć;]
Nie przewidzieliśmy tylko, że piździk szos przy byle górce działa wyłącznie na popych... W każdym razie było pysznie;]





Druzyna Mścicieli szos.
Kapitan Rakieta

i Szeregowa sandałoskarpeta (rym całkowicie przypadkowy, nie staram się wkręcic w świat rapu).

I oczywiście obowiązkowo jak to z wczasów: wspólne zdjęcie w herbacie!
Bardzo miły wypoczynek.
Podróż rządowym autobusem, który zamiast klimatyzacji nie ma drzwi ani okien, po krętych zboczach, aż na wysokość 2600 m n.p.m nie należała do najspokojniejszych;] Kierowca wydawał się wyraźnie gdzieś spieszyć, podczas gdy my staraliśmy się nie patrzeć na drogę ( a raczej jej brak). Oszukując samych siebie, że kurczowe trzymanie się rurek cokolwiek zmieni, gdybyśmy spadli ze skarpy, pokonaliśmy 110 km w jedyne 5 godzin;]
Wszystko by zobaczyć wzgórza porośnięte jaskrawo zielonymi krzakami herbaty.
Podobno kiedy dotarli tutaj Anglicy byli tak zachwyceni krajobrazami, że porównali okolice Munnaru do Szkocji... Zawsze lubili sobie pochlebiać ;]
To znacznie więcej! Każdy kolejny zakręt przynosi zapierające dech w piersiach widoki. Będąc tam, człowiek po prostu uśmiecha się do samego siebie ( jako, że ser nie jest zbyt popularny w Indiach).
Godziny i kilometry przemierzone na motorach tylko rozbudziły nasze apetyty na więcej;]
Motorach... Jarek na motorze, ja na piździku szos... Ponieważ nigdy w życiu nie jeździłam takim sprzętem, zgodnie stwierdziliśmy, że automatyczna skrzynia biegów to najlepsze rowiązanie. Choć nawet przy tej opcji, Jarek pełen wiary w moje możliwości, obstawiał mą rychłą śmierć;]
Nie przewidzieliśmy tylko, że piździk szos przy byle górce działa wyłącznie na popych... W każdym razie było pysznie;]





Druzyna Mścicieli szos.
Kapitan Rakieta

i Szeregowa sandałoskarpeta (rym całkowicie przypadkowy, nie staram się wkręcic w świat rapu).

I oczywiście obowiązkowo jak to z wczasów: wspólne zdjęcie w herbacie!
Bardzo miły wypoczynek.
środa, 27 stycznia 2010
Gdzie czas przelewa się przez palce...
Postanowiliśmy wybrać się tym razem do Kerali... Muszę powiedzieć, że nie żałuję!
Rozlewiska Kerali to pajęczyna wąskich kanałów wodnych rozciągających się niemal na całej długości jednego z najpiękniejszych stanów Indii. Całodniowy rejs w jednej z drewnianych łodzi pozwala zaczerpnąć trochę atmosfery okolicznych wiosek, które wydają się żyć rytmem dyktowanym przez wodę. Od robiących pranie kobiet, poprzez bestrosko pluskające się dzieci, aż do pracujących mężczyzn, którym woda daje utrzymanie- wszystkie elementy wydają się stanowić harmonijną całość.

Woda z okolicznych rzek miesza się tutaj z wodami Morza Arabskiego tworząc ponad 900 km kanałów.

Wiosło zastępowane jest przez efektywniejsze narzędzie- kilkunastometrowy kij. Mężczyzna wbija go w dno i odpych się od niego, wprawiając łódź w ruch.

Palmy kokosowe to prawdziwa żyła złota. Jedna roślina stanowi źródło orzeźwiającego napoju, oleju, owocu, materiału do produkcji lin, drewna, pokrycia dachu... wyliczać można by jeszcze długo.

Po wodnych korytarzach krążą "bary polowe". Oferują tylko jeden, ale wyborny trunek: bimber kokosowy. W smaku przypomina mieszankę piwa i wody z kiszonych ogórków (w proporcjach 50:50).

Nic co oferuje woda się nie marnuje. Małże sprzedawane są na targu, natomiast muszle wykorzystywane są do produkcji cementu.

Taki rodzaj transportu to jedyny możliwy. Dodatkwo bezpłatny i ekologiczny.


Rozlewiska to również bogactwa niezliczonych gatunków roślin. Palmy, pieprz, cynamon, mięta, wanilia...

Pan "wioślarz" a raczej "kijarz" to całkiem dobry zawód. Poza sprawnością fizyczną wyciąga 250 rupi dziennie (17 zł).

Kobiety robiące pranie na brzegu to nieodłączny widok rozlewisk.
Gdyby ktoś pozazdrościł nam słońca napiszę, że nie można mieć wszystkiego. Nawet nie wiecie jak bardzo można tęsknić za szynką wiejską!
Rozlewiska Kerali to pajęczyna wąskich kanałów wodnych rozciągających się niemal na całej długości jednego z najpiękniejszych stanów Indii. Całodniowy rejs w jednej z drewnianych łodzi pozwala zaczerpnąć trochę atmosfery okolicznych wiosek, które wydają się żyć rytmem dyktowanym przez wodę. Od robiących pranie kobiet, poprzez bestrosko pluskające się dzieci, aż do pracujących mężczyzn, którym woda daje utrzymanie- wszystkie elementy wydają się stanowić harmonijną całość.

Woda z okolicznych rzek miesza się tutaj z wodami Morza Arabskiego tworząc ponad 900 km kanałów.

Wiosło zastępowane jest przez efektywniejsze narzędzie- kilkunastometrowy kij. Mężczyzna wbija go w dno i odpych się od niego, wprawiając łódź w ruch.

Palmy kokosowe to prawdziwa żyła złota. Jedna roślina stanowi źródło orzeźwiającego napoju, oleju, owocu, materiału do produkcji lin, drewna, pokrycia dachu... wyliczać można by jeszcze długo.

Po wodnych korytarzach krążą "bary polowe". Oferują tylko jeden, ale wyborny trunek: bimber kokosowy. W smaku przypomina mieszankę piwa i wody z kiszonych ogórków (w proporcjach 50:50).

Nic co oferuje woda się nie marnuje. Małże sprzedawane są na targu, natomiast muszle wykorzystywane są do produkcji cementu.

Taki rodzaj transportu to jedyny możliwy. Dodatkwo bezpłatny i ekologiczny.


Rozlewiska to również bogactwa niezliczonych gatunków roślin. Palmy, pieprz, cynamon, mięta, wanilia...

Pan "wioślarz" a raczej "kijarz" to całkiem dobry zawód. Poza sprawnością fizyczną wyciąga 250 rupi dziennie (17 zł).

Kobiety robiące pranie na brzegu to nieodłączny widok rozlewisk.
Gdyby ktoś pozazdrościł nam słońca napiszę, że nie można mieć wszystkiego. Nawet nie wiecie jak bardzo można tęsknić za szynką wiejską!
piątek, 15 stycznia 2010
Targ mięsny w Bangalore
Nigdy wcześniej nie miałam okazji oglądać orłów z tak bliska, w tak dużej ilości. Widząc moje zainteresowanie tymi ptakami, sprzedawca zaczął rzucać kawałki mięsa niedaleko moich stóp. Atakowały w mgnieniu oka. Sprzedawca robił to by dostarczyć mi rozrywki, podczas gdy ja starałam się opanować strach. Jakoś nie przywykłam do widoku kilkunastu orłów latających na wysokości moich oczu. Gołębie owszem, kiedyś gorąco popierałam rezerwaty, ale orły to niejaka nowość.












niedziela, 10 stycznia 2010
Ulice Chennai
środa, 6 stycznia 2010
"Od kuchni"
Jak już pisałam, nikt nie ma tutaj problemu z fotografowaniem. Wręcz przeciwnie. Hindusi uwielbiają kiedy robi im się zdjęcia. Nawet jeśli mają nigdy ich nie zobaczyć, sam fakt pozowania sprawia im wielką przyjemność. Jeszcze się nie zdarzyło by ktoś nie pozwolił mi strzelić foty lub udzielił słownej reprymendy. Korzystając z tego przywileju postanowiłam udokumentować jedną z RESTAURACJI w Chennai. Lokal średniej rangi. Droga do "toalety" prowadziła obok pomieszczeń kuchennych. To co zobaczyłam postanowiłam pokazać. Nie mogłam sie powstrzymać. Obsługa była niezwykle miła. Posiedziałam u nich chwilę, do momentu kiedy przyszedł szef i nakazał wracać do swoich zajęć. Nawet do głowy by im nie przyszło, że warunki w jakich pracują w jakimkolwiek stopniu odbiegają od normy. Jak mi powiedzieli, ich dniówka wynosi niespełna 100 RS (ok. 7zl.)...
Nie wiem czy muszę pisać, że wiekszych karaluchów nie widziałam, a między stolikami nieśpiesznie przechadzał się szczur. I niby nic dziwnego, wiele takich miejsc w Indiach.


Nie wiem czy muszę pisać, że wiekszych karaluchów nie widziałam, a między stolikami nieśpiesznie przechadzał się szczur. I niby nic dziwnego, wiele takich miejsc w Indiach.


Jak nieoszlifowany diament


Wspominałam wcześniej, że Jarek odkrył w sobie dusze fotografa. Otóż nasz wyjazd na wschodnie wybrzeże okazał się dla niego przełomowy. Nowe bodźce zainspirowały go do obrania drogi w kierunku fotografii artystycznej.
Oczywiście interpretacja jest dowolna, jednak należy przyznać, że to bardzo ciekawe ujęcia.
Pozowałam ja.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















