środa, 23 grudnia 2009

wtorek, 22 grudnia 2009

Jakie drzewa są w Indiach?

Są drzewa palmowe, są różne drzewa owocowe, są i drzewa nietoperzowe.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Metoda kija i kija.













Tych rzezimieszków spotkałam w parku. Mieli zajęcia szkolne akurat w tym samym miejscu, w któym ja postanowilam odpocząć od huku i zanieczyszczeń. Nagle zjawiła się cała chamara uczniów. Bez przesady było ich grubo ponad 300! Jeśli chodzi o nauczycieli to, "na oko", przypadał jeden na 50 uczniów. Cięcia w nauczycielskich etatach rekompensowane są ich wyposażeniem... Każdy belfer ma w ręku drewnianą deskę wdługości ok. 30 cm. (Swoją drogą ciekawe czy zamawiają je w jakieś hurtowni, bo wszystkie były identyczne). Z tego co widziałam nie ograniczają się w ich użyciu ani sile... "Piorą" gdzie popadnie: plecy, głowa, ręcę, byle trafić gdziekolwiek.
Indyjska dyscyplina...
Jeśli chodzi o ich stosunek do mnie to jestem dla nich chodzącą atrakcją: nie dojść, że biała to jeszcze taka wielka!
(Hindusi to malućki naród. Średnia wzrostu dla mężczyzny to 1.612 m, dla kobiety 1.521 m.)
Na dodatek, są bardzo otwarci.
Słyszałam, że na północy ludzie każą sobie płacić za możliwość zrobienia im zdjęcia, tutaj nie ma takiego problemu.
Witają się, zagadują, sami proszą żeby robić im foty. Odnajdują w tym jakąś dziwną frajdę;] Jestem przybyszem więc jakże miałabym się sprzeciwiać;]

Od początku...

Mieszkamy obecnie w Południowych Indiach, dosyć blisko równika- w okolicach 13° N.
Miasto, w którym teraz jesteśmy to Bangalore, stolica regionu Karnataka.
Znane jako miasto ogrodów.
Nikt tak dokładnie nie wie ilu jest tutaj mieszkańców, jedne źródła donoszą, że 6 mln, inne 7 mln, jeszcze inne mówia nawet o 8,5 mln. Rozbieżność wyników spowodowana jest wzmożoną migracją ludności. Bangalore rości sobie prawo do bycia stolicą indyjskiego biznesu, głównie IT, oraz stolicą nauki.
Tak więc Hindusi ze wszytskich ston Indii zjeżdżają się tutaj w poszukiwniu pracy i kariery. Co otrzymują na miejscu nie zawsze spełnia ich oczekiwania...

Istnieje kilka ciekawostek dotyczących tego miasta...
( z mądrych ksiąg):
Bangalore ma największą ilość dwukołowych pojadów ze wszystkich miast świata.
Jako pierwsze miasto w Inidach otrzymało elektryczność.
Ma najwyższy wskaźnik Anglo- Hindusów w całych Indiach.
Mieszkają tu najbogatsi i najbiedniejsi.
To tutaj znajduje się najwięcej barów i pubów w całej Azji!
( Szkoda tylko, że imprezy zaczynają się o 20 a konczą o 23. Takie prawo. Ponieważ liczba wypadków spowodowanych przez pijanych kierowców była ogromna policja znalazła na to sposób: zamykając wcześniej bary...)
Tylko 41% mieszkańców to miejcowi, cała reszta to ludność napływowa.
Misto znane jest z najgorszych chodników w całych Indiach.
(To trzeba zobaczyć. W każdym razie dziury 1m x 1m, głębokości pół metra to norma. Zdarzają się co 10-20m. Trzeba patrzeć pod nogi. Loterią stają się wieczorne spacery. Dla nas pojawia się dodatkowy problem. Patrząc pod nogi nie bardzo można kontrolować co dzieje się na wysokości oczu... a dzieje się wiele. Ponieważ Hindusi są znacznie(!) niższi, znaki drogowe, skrzynki ect. są na wysokości naszych oczu. Troszke gorzej jest z kablami. Używają drzew i krzewów do rozwieszania kabli elektrycznych, które kończą się dosyć niespodziewania ...na wyskości czoła...Tak więc albo dół albo góra...)

A tak poza tym to pogoda nam tu sprzyja, nie ma co. Bangalore jako jedno z nielicznych miast Indii charakteryzuje się łagodnym klimatem. Co znaczy mniej więcej tyle, że jest ciepło, ale nie za bardzo, o męczącej wilgoci nie ma mowy, a temperatura wynosi jakieś 25 stopni, wieczorem jakieś dwa stopnie mniej. Nie narzekamy;]
Plany ramowe zostały poczynione;] Zostajemy tutaj do 5 marca. W międzyczasie pojeździmy po południu.
10 dni świąt spędzimy na wschodnim wybrzeżu. Chennai, Pondicherry i okoliczne wioski.
Może palmy pozwolą na chwilę zapomnieć o karpiu i barszczu z uszkami.
W styczniu Goa... choć styczeń zbyt daleko by cokolwiek mówić;] W marcu wyruszamy na północ. Miesiąc powinien wystarczyć, żeby obczaić co trzeba.

Poki co uczę się życia tutaj. Znam jakąś 1/10 potraw, staram się nie dawać obłapiać w autobusach, targowanie z rikszarzami to proza, spaliny i kurz z twarzy schodzą po drugim myciu, no i już nie boje się tak bardzo zwierząt wyskakujących z krzaków (krowy, dziki, bezdomne psy, szczury...tylko małp jakoś mało;]). W świątyni Hindusi rysują nam trzecie oko, a na świeżą papye sypią sól i pieprz i wszytsko się jakoś kręci;]


p.s. nie ma co postarałam się z wypacowaniem;]

niedziela, 20 grudnia 2009

It's just a fly


Dla dobra naszego związku musiałam wrzucić zdjęcie wielkiej muchy.
Tyle mogę powiedzieć.

Przerwa w tułaczce;]

Piszę, bo ogromnie mnie to cieszy! Wreszcie po kilkunastu dniach tułaczki udało nam się znaleźć mieszkanie;] Oczywiście nie było to łatwe. Pomimo, iż Bangalore liczy ponad 6 mln ludzi ogłoszenie o wynajmie pojawia się dosyć rzadko ( raz na dwa tygodnie), a jeśli już się pojawia ceny są dosyć przesadzone- nawet 800zl za pokój.
Oczywiście było kilka historii. Na przykład jedna Hinduska umawiała się z nami 2 dni na oglądanie pokoju. Dojazd do wskazanego miejsca zajął nam 1,5 godziny. W międzyczasie zadzwoniła do nas z informacją, że w sumie zapomniała wspomnieć, ale to pewnie nie problem, ma 6 psów...
Koniec konców zorganizowaliśmy sobie przytulne gniazko za przystepną cenę.
Za krótka kanapa w przejściu pomiędzy wejściem a balkonem to przeszłość.
Własna przestrzeń to jest to;]

poniedziałek, 14 grudnia 2009

sobota, 12 grudnia 2009

wtorek, 8 grudnia 2009

O radości podróżowania.



Pomimo, iż przeprowadzkę na jakiś czas do Indii planowaliśmy wcześniej, sam wyjazd okazał się dosyć nagły. Wszystko załatwiliśmy w kilka dni. W niedzielę w nocy kupiliśmy bilety, a cztrey godziny poźniej siedzieliśmy w pociągu do Warszawy w celu uzyskania wiz. Dzięki uprzejmości jendego Hindusa były gotowe na piątek. O tym jak wyglądał mój pobyt w Warszawie i pościg z czasem wie Mała Czarna, która pomogła swoja siła przebicia i donośnym głosem;]
W czwratek o 10 wylecieliśmy z Balic. Mogliśmy lecieć o 15, ale ponieważ tanie linie lotnicze są najczęściej zawodne, woleliśmy dmuchać na zimne. Dmuchanie się opłaciło, bo o 11 na Kraków opadła niespodziewana mgła i odwołano wszystkie loty... ;];];]
W Londynie uwiliśmy sobie całkiem przyjzane gniezdko na najbilższe 18 godzin.
O 8 rano dnia następnego siedzieliśmy już w samolocie do Bombaju.
15-sto godzinny lot przebiegł gładko. Już "witaliśmy się z gąską" i wtedy właśnie wylądowaliśmy w Bombaju. Na miejscu uderzyło nas gorące i bardzo wilgotne powietrze, pod którego wpływem oddech staje się płytki i ciężki. Cała "zabawa" zaczęła się w budynku lotniska. Ponieważ nasz lot z Londynu był opóźniony o 2 h pozostalo nam jedynie 15 min na przesiadkę do Bangalore. Zapytaliśmy o drogę mężczyznę z obsługi lotniska i to był nasz pierwszy błąd. Z całym przekonaniem kazał iść schodami na górę. Nie mieliśmy innego wyjścia jak go posłuchać, bo oczywiście nie uświadczysz tablic informacyjnych, a o monitorach z przylotani i odlotami juz nie wspomnę. Staliśmy w tej masie ludzi, sięgających nam do ramion i nie mieliśmy najmniejszego pojęcia co ze sobą zrobić. Po drodze pytaliśmy jeszcze kilka osób, wszystkie kierowały nas w tę samę stronę. Po pół godziny przeszliśmy przez drzwi, za którymi były schody na dół. Tak. Zeszliśmy po nich, dochodząc do punktu wyjscia... Nie byłam za bardzo zadowolona, bo samolot miał odelcieć jakies 15 min temu... Kierownano nas przez szereg różnych kontroli, aż do miejsca odbierania bagażu. Na nic nie zdało się moje tłumaczenie, że to tylko transfer i odbiór bagażu nas nie dotyczy. Po kilkunastu minutach przyszedł po nas jakiś Hindus, którego zadaniem było doprowadzenie nas do samolotu. Problem polegal na tym, że ani mu sie za bardzo nie chciało tego robić, ani też za bardzo nie wiedział jak... Wskazał jakieś drzwi a sam zaczął pogaduszki z kimś z obsługi. Przechodziliśmy kilka metrów, po czym wracaliśmy do punktu wyjścia. Innym razem oddał nas pod opiekę Hinduski. Ta nie ukrywała swojej złości z dodatkowego zadania, więc jak tylko sraciła go z pola widzenia, zostawiła nas i kazała iść przed siebie... Chaos!
Żeby nie przedłużać: nasza trójka ( w całej farsie uczestniczył jeden Hindus) błądziła po tym lotnisku ponad godzinę. Przeszliśmy odprawe celną, której nie powinniśmy przechodzić. Kontrolę imigrancką, której też nie powinniśmy przechodzić itd. itd.
Dla mnie ten czas minął jak 10 min. Widząc co się dookoła mnie dzieje nie miałam najmniejszych nadziei, że dotrzemy do celu.
Nie potrafię opisać bałaganu jaki panuje w Bombaju.
Nie ma żadnych tablic informacyjnych, wszystko jest chaotyczne,
żadnej powtarzalności, harmoni, nic co dawałoby choć złudne poczucie bezpieczeństwa.

Koniec końców dotarliśmy na miejsce, wiezieni indyjską wersją "ogóra".
Wtedy nie było mi do śmiechu, nie ukrywam.
Jednak pobyt tutaj jest... pyszny;]! Każdego dnia inna farsa, każdego dnia inne powody do radości ;]

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Namaste!

Ponad 48 h podróży, kolejne dwa dni snu, jedno popołudnie w innym świecie i szerokie gacie czyli podbijamy poludniowe Indie. Napisze coś więcej jak dojdę do siebie;]

p.s. i tak nie oglosiłam, że wyjeżdżam, ale wszystko ogarnęliśmy w półtorej tygodnia, więc jakos nie było czasu na blogowanie;]
i tak mam wize i zapomniałam o zasadach bo nie bylo posta;]