poniedziałek, 21 grudnia 2009

Od początku...

Mieszkamy obecnie w Południowych Indiach, dosyć blisko równika- w okolicach 13° N.
Miasto, w którym teraz jesteśmy to Bangalore, stolica regionu Karnataka.
Znane jako miasto ogrodów.
Nikt tak dokładnie nie wie ilu jest tutaj mieszkańców, jedne źródła donoszą, że 6 mln, inne 7 mln, jeszcze inne mówia nawet o 8,5 mln. Rozbieżność wyników spowodowana jest wzmożoną migracją ludności. Bangalore rości sobie prawo do bycia stolicą indyjskiego biznesu, głównie IT, oraz stolicą nauki.
Tak więc Hindusi ze wszytskich ston Indii zjeżdżają się tutaj w poszukiwniu pracy i kariery. Co otrzymują na miejscu nie zawsze spełnia ich oczekiwania...

Istnieje kilka ciekawostek dotyczących tego miasta...
( z mądrych ksiąg):
Bangalore ma największą ilość dwukołowych pojadów ze wszystkich miast świata.
Jako pierwsze miasto w Inidach otrzymało elektryczność.
Ma najwyższy wskaźnik Anglo- Hindusów w całych Indiach.
Mieszkają tu najbogatsi i najbiedniejsi.
To tutaj znajduje się najwięcej barów i pubów w całej Azji!
( Szkoda tylko, że imprezy zaczynają się o 20 a konczą o 23. Takie prawo. Ponieważ liczba wypadków spowodowanych przez pijanych kierowców była ogromna policja znalazła na to sposób: zamykając wcześniej bary...)
Tylko 41% mieszkańców to miejcowi, cała reszta to ludność napływowa.
Misto znane jest z najgorszych chodników w całych Indiach.
(To trzeba zobaczyć. W każdym razie dziury 1m x 1m, głębokości pół metra to norma. Zdarzają się co 10-20m. Trzeba patrzeć pod nogi. Loterią stają się wieczorne spacery. Dla nas pojawia się dodatkowy problem. Patrząc pod nogi nie bardzo można kontrolować co dzieje się na wysokości oczu... a dzieje się wiele. Ponieważ Hindusi są znacznie(!) niższi, znaki drogowe, skrzynki ect. są na wysokości naszych oczu. Troszke gorzej jest z kablami. Używają drzew i krzewów do rozwieszania kabli elektrycznych, które kończą się dosyć niespodziewania ...na wyskości czoła...Tak więc albo dół albo góra...)

A tak poza tym to pogoda nam tu sprzyja, nie ma co. Bangalore jako jedno z nielicznych miast Indii charakteryzuje się łagodnym klimatem. Co znaczy mniej więcej tyle, że jest ciepło, ale nie za bardzo, o męczącej wilgoci nie ma mowy, a temperatura wynosi jakieś 25 stopni, wieczorem jakieś dwa stopnie mniej. Nie narzekamy;]
Plany ramowe zostały poczynione;] Zostajemy tutaj do 5 marca. W międzyczasie pojeździmy po południu.
10 dni świąt spędzimy na wschodnim wybrzeżu. Chennai, Pondicherry i okoliczne wioski.
Może palmy pozwolą na chwilę zapomnieć o karpiu i barszczu z uszkami.
W styczniu Goa... choć styczeń zbyt daleko by cokolwiek mówić;] W marcu wyruszamy na północ. Miesiąc powinien wystarczyć, żeby obczaić co trzeba.

Poki co uczę się życia tutaj. Znam jakąś 1/10 potraw, staram się nie dawać obłapiać w autobusach, targowanie z rikszarzami to proza, spaliny i kurz z twarzy schodzą po drugim myciu, no i już nie boje się tak bardzo zwierząt wyskakujących z krzaków (krowy, dziki, bezdomne psy, szczury...tylko małp jakoś mało;]). W świątyni Hindusi rysują nam trzecie oko, a na świeżą papye sypią sól i pieprz i wszytsko się jakoś kręci;]


p.s. nie ma co postarałam się z wypacowaniem;]

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

chciałam Cię tu oto oficjalnie pochwalić za wpis długi:)tak trzymać:)

Paulinda pisze...

Dziękuję! Właśnie się rozkręcam;] Okazuje się, że zdanie podrzędnie zlożone nie jest takie trudne jak głoszą legendy;]